Eat Pray Love. Znów oglądam. Bo Piotrka nie ma... Oglądam go od połowy od pięknego momentu, w którym wszyscy siedzą we Włoszech ( BOSKA ITALIO!!), przy kolacji z okazji święta dziękczynienia ( chcą zrobić dorbze Julii R, która wyjeżdża do Indi...). Niby ubrani ciepło, ale ja już znam Włoskie zimy w okolicach Rzymu... jak spadnie do 12 stopni to korzuchy zakładają...
No więc siedzą przy stole i zaczynają dziękować za rózne rzeczy, za to wszystko za co chcą w danej chwili podziękować. Zawsze przechodzą mnie ciarki kiedy zaczyna mówić Giovanni, uroczy włoch, który zakochał się w dziewczynie ze Szwecji czy Norwegii ( nigdy nie pamiętam)...
Idzie to mniej więcej tak:
" Dziękuję Bogu za strach, bo pierwszy raz w życiu boję się że osoba, która siedzi obok mnie, będzie ta która chce odejść..." Na co ta dziewuszyna z zimnego kraju delikarnie kreci głową i zaprzecza...cichutko mówi: Nie...
To taki prawdziwy moment miłości, kiedy ją czuję przez ekran komputera, który czuję każdym milimetrem ciała. Małe spojrzenie zakochanego faceta, który się boi i kobiety- matki-opiekunki, która mówi: będzie dobrze, nie zostawię Cię, ochronię Cię.
W tym filmie jest też inna cudowna para - nieznana z imienia raczej, gdzie mężczyzna opiekuje się kobietą tak jak to zazwyczaj robią matki z dziećmi, czuły, kochający, pełen miłości i wdzięczności. Za każdym razem gdy na niego patrzę - wiem, że nie widzi poza nią i jej miłością świata.
To jest piękny film o miłości. Pod względem filmów o miłości w moim małym rankingu zajmuje miejsce 3... Niekwestionowanym liderem jest Love absolutelly ( fatalny polski tytuł: To właśnie miłość), numer dwa to niezmienna miłośc w Out of Africa... no i to jest numer 3....
Lubię oglądać zimą, w samotności filmy o miłości. Napiłabym się też do nich wina, no ale nie mogę :D
W związku z naginaniem moich przepisów żywieniowych ostatnio - wracam na dobre tory znów - jutro dzień diety płynnej w celu oczyszczenia organizmu mego z szitów. ( po cichu mówię: bleee... :( )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz